My name is … Joasia
E-Lover | 22-07-2010
Turysta, który trafia nad Bosfor zazwyczaj zwiedza Topkapi albo inną Hagia Sofie. Janowi Poecie, który bawił swego czasu w Stambule jednak wcale nie były w głowie zabytki starożytnego Konstantynopola. Jak już to raczej zbytki. Od jednego ze sklepikarzy sprzedających dżinsy Polakom dowiedział się, gdzie tamtejsze kurwy urzędują i zaraz tam podążył.
Zielona Uliczka, położona nieopodal mostu i wieży Galata fajna jest, jednak za darmo tam dupy nie dają. Wejścia strzegą prawdziwi policjanci, a burdelowa uliczka to kilkanaście kamienic, gdzie na wystawach jakby sklepowych miejscowe dziwki cycem wabią, albo kęsem sporego często dupska.
I tu dupy dał nasz bohater, który na wszelki wypadek kasy z hotelu nie zabrał, żeby go nie podkusiło tym bardziej, że turecki sklepikarz syfem panującym na Zielonej Uliczce straszył. Pozostało mu więc po powrocie do 5-dolarowego hoteliku w Lalei walnięcie sobie pod prysznicem, spienionego widokiem tureckich, cycatych blondynek, polskiego krzywego konia. Na następny dzień jednak lepiej się Jan Poeta przygotował i poszedł na dyskotekę w dzielnicy Beyoglu, gdzie podobno można fajną panienkę wyrwać już z paroma zielonymi, baksami zwanymi.
Uzu poszło mu do głowy dość szybko tak więc nic dziwnego, że zaraz wyrwał do tańca młodą brunetkę, która siedziała z jakimiś dwoma miejscowymi starymi, tłustymi facetami. Ponieważ po turecku znał tylko dwa słowa – jarak, znaczy się kutas i amdżik, czyli cipka zaczął Poeta nawijać po angielsku. Tak jak umiał.
- My name is Johnn, and you?
- My name is Joasia. I was born in Gliwice…
I po to w piczku matieriu trzeba przejechać dwa tysiące kilosów z Katowic żeby polską, a nawet śląską dupę zarwać na dyskotece w Stambule!
- Weź mnie stąd, nie mogę patrzeć na tych obleśnych chujów – przytuliła się do niego drżąc Josia. A zagrożenie było realne – towarzysząca jej koleżanka blondynka już zaczynała jej szukać w tłumie tańczących. Klienci też zaczynali się niecierpliwić. Taksówką pojechali jednak do jego hotelu. To było największe walenie Jana Poety w ostatniej pięciolatce kończącej się epoki realnego socjalizmu.
Gliwicka Joasia znała swe rzemiosło. To nic, że spuścił się na początek po dwóch ruchach.. Wymowa jej ust była tak sugestywna, że postawiła jego pałę już po minucie z powrotem. Nie chciała, aby na nią wchodził. Cały czas dominowała. Po trzecim razie miał już dość na jeźdźca.. Przeszli wiec na dywanik, niezbyt czysty ale jak najbardziej turecki.
- Jak ty robisz, że stale jesteś wilgotna – mruczał przez zaciśnięte zęby, które jeszcze wtedy miał.
- Bo już taka jestem kiedy mi się naprawdę chce, a nie z tymi spoconymi grubasami, którzy nawet swego psipsiorka nie widzą – zasyczała mu do ucha nadgryzając małżowinę. Ot, taka pamiątka znad Bosforu.
Kiedy po siódmym razie nasz jebaka – globtroter zasypiał, śniły mu się piejące koguty. Potem rzeczywiście się okazało, że na dachu hotelu jest autentyczny kurnik. Nie mylić z kurewnikiem. A zamiast nienasyconej Joasi była tylko kartka: “Bajka się skończyła, wracam do grubasów. Może kiedyś, w innym wcieleniu.”
Kto wie, who knows…









